oliwkowy blog

    Twój nowy blog

    Wiem, że to ryzykowne, ale muszę w końcu podsumować tegoroczne wakacje jako jedne z najnudniejszych w moim życiu. /Ryzykowne, ponieważ jednak to o mnie świadczy, ciekawi ludzi się nie nudzą i inne frazesy zamykające mnie w szufladce nieogarniętego malkontenta. ;)/ Jeszcze tylko (oby!) miesiąc, wezmę się w końcu za robotę, dokończę wszystkie rozgrzebane sprawy i będę ze spokojem szukać pracy poza granicami naszej krainy wódką i bezrobociem płynącej. (Jedynego miejsca, w którym potrafię żyć.)

    Wstydzę się za swoją rodzinę i nie umiem się odciąć – przecież to nie ja, to ona. A jednak.

    Zajrzałam na bloga Ani Od Rumieńców (tej, która niedawno zabiła mnie pytaniem, gdzie my się właściwie poznałyśmy?) i zaczytałam sie w starych notatkach z 2004, 2005 roku… Nie omieszkałam zauważyć swoich komentarzy, których teraz nieco się wstydzę. Sporo uśmiechu, trochę zażenowania, mała tęsknota za pisaniem, a raczej: za utraconą łatwością pisania.

    Odkurzam oliwkowego, ale bez sentymentów – potrzebuję miejsca, w którym zanotuję, jak się kiedy czułam, kogo kochałam, gdzie mieszkałam, kogo znałam. Bo, niestety: mylę ludzi, adresy, emocje, umysł generuje nowe wspomnienia w miejsce tych prawdziwych. Mam sklerozę i na te swoje świeże 27. urodziny powinnam kupić wyciąg z miłorzębu japońskiego, a nie perfumy (zapachy z kolei pamiętam).
    Czyli tak: na chwilę obecną Słupsk, od połowy marca – Szczecin (później, być może, Norwegia). W związku z Michem. W trakcie (oby!) ostatniej sesji zimowej. W trakcie pisania licencjatu. Nie w ciąży. Nie z mieszkaniem. Nie z oszczędnościami. ALE: z marzeniami, realizując plany, zakochana, z garścią najbliższych osób.
    Bilans dodatni.
    Uśmiech!

    Mich mi zarzuca, że zaniedbuję swój dar i nic nie piszę, do niczego się nie przykładam jak należy i ma w tym rację. Ale dzięki Niemu i tak więcej mi się chce, wymyślam, co by tu zwiedzić, gdzie pojechać, nawet na chwilę, nawet niedaleko.

    Ranczo powoli koloruje się kielichami kolejnych kwiatów, trawa robi się soczysta, a nasze trzy (trzy!) koty wygrzewają się na masce samochodu, czym doprowadzają mnie do szału – wszędzie łapki, łapki, kocie łapki…

    Jest mi ciężko – bez chwili dla siebie, najczęściej jestem kierowcą, pomocnikiem, a gdy wyrywam weekend tylko dla mnie i Michała, jedziemy nad morze, spędzamy wieczór u znajomych, natychmiast pojawiają się wyrzuty sumienia, że na raczu tyle roboty (przecież mama jest unieruchomiona), a ja radośnie szlajam się po okolicach.

    Chcę w góry, barrrrdzo!

    Nie mam pomysłu na wakacje, czy znowu Rewal, czy może coś innego? Jestem wciąż niezdecydowana, czym się dodatkowo dobijam.

    I tak, o tak. Nawet nie umiem kilku zdań sklecić, odwykłam od pisania…
    I do końca nie wiem, czy warto się zmuszać, czy mi się w końcu zachce. :)

    W grudniu wyprowadziłam się z Torunia, na powrót mieszkam w domu, wszyscy już wiedzą o przerwanych studiach, pracuję w Domu Kultury, mama ma złamaną nogę, brakuje mi Miasta i Bliskich, których coraz mniej – dla mnie, przy mnie.

    Nie umiem pisać o wszystkim, co się wydarza, wpadłam w codzienność jak śliwka w kompot i z ciągłego kołowrotka zdarzeń wyrywają mnie raz na jakiś czas wypady na łyżwy, kwiaty od Michała, telefon z Danii, czy koncert Nosowskiej co śpiewa Osiecką (to już w piątek). Trudno wrócić na łono rodziny i po raz wtóry przystosowywać się do domowego rytmu, zajęć, pytań, o której wrócę. Jeszcze trudniej przyznać się sama przed sobą, że nawaliłam, nawalam codziennie nie mogąc napisać ważnego listu, sms-a, maila.
    (Ale piszę, piszę, muszę Ci, Bzy, wyjaśnić, bądź cierpliwa jeszcze przez moment.)

    Poza Michem, który Jest, mam Agę. Myślę, że to wielkie szczęście, że udało mi się ich spotkać, że mnie nie zostawiają jak zniknę z oczu na dłużej, że mimo odległości są w mojej głowie i ta wspaniała pewność, że i ja zamieszkałam w Nich na stałe, bez wyprowadzek, zmian adresu, czy numeru telefonu…
    Czasami bardzo tęsknię. Najczęściej, gdy jestem szczęśliwa (a bywam coraz częściej!) i poza wspomnianą dwójką, nie mam z kim się tą radością podzielić. Chyba mam jakiś defekt, jestem społecznym bublem, który nie umie zatrzymać ludzi przy sobie. Tyle, że poczucie straty nawiedza mnie coraz rzadziej. Gdyby móc zapomnieć wszystkie wspólne herbaty, tańce, rozmowy… byłoby pewnie prościej. A ja, na przekór, podlewam te wspomnienia, pielęgnuję i mimo wszystko cieszę się, że spotkałam tych parę osób. Tych, których numerów już nie mam w spisie telefonów, by nie zrobić po raz kolejny z siebie idiotki i nie wysyłać smsa z zapytaniem „dlaczego tak?

    Nie lubię przerw w pisaniu, bo potem tak ciężko jest wybrać to, o czym trzeba, koniecznie!koniecznie! wspomnieć od tego, co można dyskretnie pominąć i udać, że danych sytuacji/ludzi nie było…

    Nie będę wracać do wakacji, bo nie sposób ogarnąć 2,5 miesiąca pełnego wrażeń, uśmiechu, odpoczynku, ciężkiej pracy, przepraw z szefami i mnóstwa pomniejszych różności. Podsumuję najkrócej – najwspanialsze lato ze wszystkich 24, które przeżyłam…

    …i to wcale nie ze względu na Michała (zainteresowani już się uśmiechają, tak, tak, większość czytających wie już o Michu i innych takich niuansikach)…

    ALE!

    Jest Michu, jest cudnie, nigdy nie byłam tak zakochana, nastoletnio zauroczona, potragię jechać 800km, by zobaczyć się z Nim na kilka chwil i ani przez sekundę nie żałuję, nie zastanawiam się, czy warto.

    Jest uczelnia i dalej kilka spraw niepozałatwianych.

    Jest praca, która często denerwuje, ale summa summarum może być.

    Jest kilkoro ważnych ludzi i jedna bolesna pozycja skreślona.

    Jest mi dobrze. Staram się.

    (i odwykłam od pisania notek, może jak się wprawię – będzie lepiej….)

    Jużem spakowana (prawie), za chwilę opuszczam Torunto (które jednak bardzo, bardzo kocham) na dwa miesiące.

    Rewal, praca, morze, opalenizna, okulary, sandałki, gofry (raz na tydzień, nie częściej!), słońce, tęsknoty mniejsze i większe, odcięcie od Internetu, koniec z paleniem – już nie biorę ze sobą papierosów, uśmiechy, mam nadzieję, że dobre wspomnienia…

    Piotr jest, bywa, niech tak będzie.
    Bartek przyjedzie i kilka dni pobędę w innym świecie z innym mężczyzną.
    Maciek mnie odwiedzi, ale śpi nie ze mną.

    Ostatnio wydaję się sama sobie nieodgadniona.
    Uczucie nowe, ale przyjemne.

    Miłych wakacji Wam życzę. Może czasem dorwę kafejkę i się odezwę.

    A do smażalni ryb chodzić nie zamierzam, o! :)

    Już nie będę z tobą kłócił się
    I tak nigdy nie mam racji
    Wydawać by się mogło że
    Jesteśmy źle dobrani
    Najgorsze jest jednak to
    Twoje rozczarowanie
    Wiem zapomniałem Ci powiedzieć że
    Jestem zakochany

    Więc lepiej mnie zabij
    Wyrzuć z pamięci
    Lepiej odejdź, pozwól mi odejść
    Lepiej zapomnij
    Pozwól zapomnieć
    Lepiej daj mi następną szansę

    Wiem potrzebujesz tego czego ja
    Nigdy mogę Ci nie dać
    Nie dlatego że nie chcę Ci dać
    A dlatego że sam tego nie mam
    Najgorsze jest tednak to
    Twoje rozczarowanie
    Wiem zapomniałem Ci powiedzieć że
    Jestem zakochany

    a masz!

    1 komentarz

    Za mną wspaniały weekend, odpoczynek, małe góry, duże radości, noce na czerwonej skórzanej sofie.

    Teraz trochę rzeczy do załatwienia na już, trochę spraw, dziś tatuaż – już się śmieję do swojej nowej-starej stopy. ;)

    P. się odezwał, a ja poczułam niewypowiedzianą ulgę. Nigdy nie zapierałam się, że jestem super normalna. :)

     

    Piszę smsy do P. i zapisuję je niewysłane w skrzynce nadawczej.

    To mój sposób na tęsknotę.

    Lubię relacje skomplikowane, naszpikowane niedomówieniami, gdzie trzeba się sobie tłumaczyć, gdy trzeba coś przetrawiać, trzeba dostać obuchem w łeb, by coś dotarło, trzeba krzyczeć z bezsilności, tęsknić każdą komórką, nienawidzić równie mocno.

    Przez ponad miesiąc właśnie to wszystko dostałam. Piotr.

    Dziś myślę, że to było błogosławieństwo, potrzebowałam takiego oderwania, spinania się, żaru i lodu.

    Teraz Piotr jest mi prawie obojętny. Spełnił swoją rolę, może odejść. Nie piszę tego nieszczerze, nic we mnie nie krzyczy, że wszystko to dupa, bo tak naprawdę tego Jego pragnę. Nie pragnę. Cieszę się spokojem, numer skasowałam, wyczyściłam wszystko, co wiąże się z tym mężczyzną. A On niech wróci do swojego życia, żony, dzieci. Tak, własnie do żony i dzieci.

    Dużo się działo, dużo we mnie i ze mną. Są jacyś faceci, jakieś relacje, najtrudniejsza ta z Maćkiem, nie pozwalam Mu już nawiązywać do seksualności, nie rozmawiamy o tym, że tęskni za moją skórą. Rozmawiamy coraz mniej, z mojej inicjatywy. Niechże się otrząśnie i zrozumie. Ja już wiem, że przez długi czas oszukiwałam siebie, oszukiwałam Jego. Byłam skrajnie nieuczciwa i nie tłumaczy mnie fakt, że nieświadomie.

    Teraz nie chcę już deklaracji i Wielkiej Miłości. Seks dla seksu też mnie nie pociąga. Jak przeczytałam na pewnym blogu, bardzo trafnie „To nie mężczyźni się skończyli. To skończyłam się ja.” Nie jest może aż tak brutalnie, ale mam podobne odczucia.

    Wakacje (już od 19.06)  spędzę nad morzem, popracuję sobie w sklepie spożywczym, mam nadzieję na chwilę odpoczynku.

    „A ja nie chcialabym tak po prostu, po prostu przeminąć…”

    I w tym tkwi sedno.


    • RSS